O autorze
Aga - cierpi na galopadę myśli, zwłaszcza nocną. Radzi sobie, przerzucając te nieznośne bestie na papier, bo czasami wychodzi z tego coś ciekawego. Chce bawić, sporo zmyślać, trochę zmuszać do refleksji, czasem czerpać z historii – swoich i zaprzyjaźnionych. W „Kronice kobiet” będzie o emocjach, o relacjach, o życiu z bagażem poprzednich pokoleń - po prostu, bez recept i porad, ale za to z czułością i w odcinkach.

2. Właśnie tak się poznali

2. Mając lat 19, moja przyszła mama wracała z pracy z dwiema ciężkimi siatkami (ziemniaki, buraki i jabłka) oraz eleganckim sznurem z papieru toaletowego zawieszonym na niej jak karabin, na skos. Elegancka kobitka z niej była, bucik na obcasiku, spódniczka ołówkowa, żakiecik itp. Wszystko po znajomości szyte u krawcowej w kamienicy obok, z materiałów cudem z UNRy wyszarpanych (granatowy tenis). Widziałam na zdjęciach, wyglądała pięknie.

Ja nigdy tak nie wyglądałam, preferuje elegancję sportową, czyli najchętniej dres. Tylko te buciki u przyszłej mamy były trochę nie halo, dziadek obcas już trzy razy kleił. Tekturowe buty, psia mać, mówił. Narzekał i kleił, bo nowych nijak zdobyć nie było można.



No i idzie piękna, elegancka dama po nierównym trotuarze i pierdut – obcasik znów odpada, przyszła matka leci na ziemię na twarz i niechybnie nosem by przywaliła i piękną buzię nieodwracalnie uszkodziła, gdyby nie – nagle, wtem – męskie silne ramię w ostatniej chwili ją złapało. Panowie i panie – oto mój przyszły ojciec w mundurze rezerwisty, Staszek mu dali na chrzcie. Wysoki, szczupły, kręcone włosy, czarne oczy, przystojny jak szatan (widziałam na zdjęciach, też bym się zakochała). Właśnie tak się poznali. Książkowo, nie? Zanim pozbierał jej te rozsypane po ulicy buraki, jabłka i ziemniaki, zatargał zakupy do domu – już było po sprawie. Wpadli po same uszy.

To musiał być bardzo mocny strzał, bo po dwóch miesiącach znajomości, kiedy spotkali się jeszcze pięć razy podczas wojskowych przepustek, przyszły ojciec oświadczył się mojej przyszłej matce, wręczając jej pierścionek z radzieckich złotych karatów z ametystowym oczkiem. Nie zastanawiała się ani chwili. Przecież była tak zakochana! On po przepustce wrócił do wojska, a ona szybciutko odpyliła dwóch kolejnych kandydatów do jej ręki – Edka (obecnie prezesa firmy produkującej okna, z listy stu najbogatszych Polaków, facet dosłownie śpi na hajsie) oraz Wieśka (został menelem, po latach nieokiełznanego pijaństwa rodzina wyrzuciła go z domu, znalazł kąt na końcu trzeciego peronu na Głównym, tam przynajmniej nikt mu nie ględzi). I już była tylko dla niego i jego – Staszka.

Zawsze zupełnie bezsensownie zastanawiam się, co by było, gdyby wybrała Edka lub Wieśka. No, ale wybrała przystojnego Staszka, miłośniczka piękna, wyznawczyni estetyki, psia mać. Mundur i czarne oczy nie mogły zadziałać inaczej.

Staszka do portowego miasta przygnało ze wschodu Polski marzenie o budowaniu okrętów i przepełniony dom rodzinny. We wsi nad Bugiem zostawił: dziadka owładniętego demencją starczą, matkę, ojca, trzech braci, dwie siostry i czterech siostrzeńców. W domu było aż gęsto, Staszek po przyjściu na świat czwartego siostrzeńca poddał się i postanowił uciec. Byle dalej, na drugi koniec Polski. Jak to tak, ojcowiznę zostawisz, w nieznane wyjedziesz, co ja tu zrobię teraz bez ciebie, z wileńskim zaśpiewem szlochała głowa rodu. Matka, dwóch synów tu jeszcze masz, córki, i wnuki rosną do pomocy, dacie sobie radę matka, uspokajał Staszek. Ale ty najlepszy jesteś, najładniejszy, najmądrzejszy, załamywała ręce. Dlatego spieprzam, pewnie pomyślał Staszek. Ojciec nie oponował, siedział tylko w kącie i ćmił fajkę, a głowa rodu fukała, że nic innego nie robi, tylko smrodzi. Wzruszał ramionami i ćmił dalej, od czasu do czasu wychodząc tylko do sieni, skąd wracał z napełnioną szklaneczką samogonu. Taka magiczna szklaneczka, zawsze pełna. Daj mi też, dziadu jeden, toż Staszek wyjeżdża, napić się muszę z tej rozpaczy, płakała matka Staszka, choć zwykle nie piła, bo ksiądz bardzo gonił za to przy spowiedzi, bardzo. Raz za pokutę kazał jej kościół szorować przed Bożym Narodzeniem, tak jej łapska zmarzły wtedy, że już nigdy nie mogła ich ogrzać. Zawsze były czerwone, spierzchnięte, na starość jeszcze powykręcane „romantyzmem”, jak mówiła niewyraźnie, kiedy zęby powypadały.

Staszek z wojska napisał list: „Matko, na ulicy poznałem anioła. Ma na imię Łucja. Jest piękna i zostanie moja żoną. Matka da na zapowiedzi, na święta będzie wesele”. Matka: „Jezusiemaryjo, co ty syneczku wyprawiasz? Tak szybko? Co to w ogóle za baba? Ledwo żeś wyjechał i jużeś kogoś przygruchał? A gdzie tak ci się spieszy, co? Nic nie zamawiam!” Staszek: „Służbę w wojsku kończę za trzy miesiące, zaraz potem ślub cywilny bierzemy w Szczecinie -na początku grudnia. A w święta, kościelny - u was. Chyba, że matka chce, żebyśmy po cichu na miejscu i bez was, to już niech matka decyduje.” Matka: „25 grudnia o 12. Tylko żebyś mi jej całej rodziny nie przytargał, bo gdzie ja ich przenocuje? W kurniku chyba, bo tam najcieplej…”

Listy matki do Staszka Łucja znalazła przypadkiem, kiedy cichaczem do wojskowej torby narzeczonego wkładała zasuszone płatki róży, w ramach romantycznej pamiątkę kolejnej przepustki. Trochę zmroziło ją w środku, ale szybko przyznała przyszłej teściowej rację – ona też by się niepokoiła, gdyby jej syn chciał się pobrać z jakąś zupełnie nieznaną babą. Spokojnie, matka Staszka jeszcze się do niej przekona. Przecież nie zrobiła jej nic złego, a jak przyjedzie to pomoże w przygotowaniach i w gospodarstwie oporządzić to i owo, zaprzyjaźnią się, najważniejsze jest pierwsze dobre wrażenie. Łucja jeszcze wtedy nie znała twardych dusz ludzi ze wschodu.

cdn.
Trwa ładowanie komentarzy...