O autorze
Aga - cierpi na galopadę myśli, zwłaszcza nocną. Radzi sobie, przerzucając te nieznośne bestie na papier, bo czasami wychodzi z tego coś ciekawego. Chce bawić, sporo zmyślać, trochę zmuszać do refleksji, czasem czerpać z historii – swoich i zaprzyjaźnionych. W „Kronice kobiet” będzie o emocjach, o relacjach, o życiu z bagażem poprzednich pokoleń - po prostu, bez recept i porad, ale za to z czułością i w odcinkach.

5. Gorzko, gorzko!

5. Dobrze, że na ślubie nie było fotografa. Mój przyszły ojciec zahulał konkretnie – bracia wdali się w bójkę z familią przyrodniego wujka, o którym wszyscy bardzo chcieli zapomnieć, ale nie mogli, bo kłuł w oczy swoim bogactwem. Bezczelnie ośmielał się mieć najwięcej z całej wsi.

Była tajemnica, o której wiedzieli wszyscy - pradziadek swoją pierwszą żonę i syna wygnał z domu jeszcze przed wojną. Trzy lata po ślubie wydało się, że była Żydówką - natychmiast przestała mu się podobać. A może po prostu znalazł dobry pretekst? Pierwsza żona była słaba, drobna, nie nadawała się do pracy na roli. Nie umiała doić krów, sadzić ziemniaków, pracować przy sianokosach i robić te wszystkie rzeczy, które umiały polskie, jurne chłopki znad Buga.

Pradziadek bez problemu dostał unieważnienie ślubu od proboszcza i prędko znalazł sobie nową żonę. Był majętny, więc chętne białogłowy leciały do niego jak pszczoły do miodu. Lub muchy do krowiego placka, jak kto woli. Kolejny syn pojawił się równie szybko. Ojciec z drugą żoną traktowali go jak małego księcia i chowali na spadkobiercę ojcowizny, a o pierwszym synu z żydowskiej matki nikt nie chciał pamiętać. Wymazali go, jakby nigdy się nie narodził.
Pierwsza żona nie przeżyła wojny, gruźlica, dyzenteria? Kto by się tam Żydówką przejmował, kiedy wokół pogromy i śmierć powszednia, a chrześcijańskie miłosierdzie zarezerwowane dla swoich. We wsi mówili, że i tak miała szczęście. Nie mówili tylko, do czego to szczęście. Jej synek, a mój przyszły dziadek uchował się, bo każda para rąk, nawet takich niedużych, zdatnych do roboty, była w cenie. Zamieszkał w oborze jako parobek do krów w sąsiedniej wsi. Przetrwał. Dorósł.

Od małego pielęgnował w sobie nienawiść do ojca i przyrodniego brata. Zaraził nią swoich synów i wnuki, nawet psy wyuczył tej nienawiści. Kiedy obok gospodarstwa przejeżdżał ktoś z tamtych, wnuki rzucały kamieniami, synowie spluwali na ziemie patrząc tamtym prosto w oczy, a psy wściekle ujadały. Za którymś razem najsilniejszy z psów urwał się z łańcucha i pogryzł przejeżdżającego obok jednego z tamtych. Awantura była na całą wieś, bo kiedy dziadek z rodziną na niedzielną sumę poszli, tamci psa szybko wypatroszyli. Dla przykładu.


Kiedy podczas wieczoru kawalerskiego podpici młodzieńcy spotkali tamtych – w ruch musiały pójść sztachety. Jedno słowo za dużo, jedno splunięcie za daleko – i nie mogło być inaczej, nienawiść podlana alkoholem zerwała się z łańcucha jak tamten pies, kilka lat temu. Takiej rozróby wieś dawno nie widziała. W sumie i tak lepiej, że przed weselem, niż trakcie. Tak czy siak – pan młody nie był wyględny na ślubie, z zabandażowaną głową, podbitym okiem i wybitą prawą górną jedynką. Chwiał się lekko na nogach.

Panna młoda też prezentowała się marnie – kac po samogonie, ból głowy, podkrążone oczy, rozpalone policzki i chyba pierwsze objawy grypy, bo kaszlała i smarkała całą mszę, w tej cieniutkiej sukienczynie w nieogrzewanym kościele. Baby ze wsi szeptały, że miastowe to teraz takie słabe, że o jezusiemaryjo. Do niczego to młode pokolenie, do niczego. Jakby wojna teraz wybuchła, to by rady nie dali, szkoda gadać. Marność nad marnościami i wszystko marność, wimięłojcaisyna. I jeszcze płakała, jak przysięgała. Nienormalna jakaś czy przewrażliwiona? Oj, żeby tylko Staszek dobrze na tym wyszedł…

cdn.
Trwa ładowanie komentarzy...