O autorze
Aga - cierpi na galopadę myśli, zwłaszcza nocną. Radzi sobie, przerzucając te nieznośne bestie na papier, bo czasami wychodzi z tego coś ciekawego. Chce bawić, sporo zmyślać, trochę zmuszać do refleksji, czasem czerpać z historii – swoich i zaprzyjaźnionych. W „Kronice kobiet” będzie o emocjach, o relacjach, o życiu z bagażem poprzednich pokoleń - po prostu, bez recept i porad, ale za to z czułością i w odcinkach.

6. Nigdy nie wyrzucaj chleba

6. Zdjęć nie mieli, ale ślub i wesele się odbyły. Ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie żałuje jakoś strasznie, że nie mamy ślubu, nie, nie. Teraz już nie. Ale był moment, kiedy tak bardzo chciałam usłyszeć „zostań moją żoną”. Dobitna, niepozostawiająca miejsca na domysły deklaracja, jasno wyrażona wola spędzenia życia z jedną osobą, dzielenia się z nią wszystkim, i dobrym i złym, obietnica przegonienia strachów samotności. Taka piękna utopia.

Chciałam na przykład wtedy, kiedy wróciłam z łazienki i trzęsąc się cała, pokazałam mu różowy pasek. I co teraz, zapytałam. Hm, będę musiał nauczyć się gotować kaszkę, wzruszył ramionami. I już. I tyle. Nauczy się gotować kaszkę. Kaszkę. No, ale bez przesady, przecież mogło być gorzej. Mógłby powiedzieć – sama będziesz gotować kaszkę, to nie jest mój problem. A więc dobrze, bez ekscytacji i egzaltacji, ale jest, to musi wystarczyć, a tymczasem on leci do pracy, późno już się zrobiło, to pa.



Zostałam w łóżku z różowym paskiem, niewyczuwalnym jeszcze człowieczkiem w brzuchu i nadzieją, że jakoś się uda, a na ślub nie ma co napierać, to jakaś zbędna fanaberia, nic nieznaczący papierek, który nie gwarantuje tak naprawdę niczego, przecież tak łatwo łamie się dziś wszystkie obietnice, nawet te najważniejsze. Czego oczekiwać po ślubie? Że to, co usłyszy się momencie największego zakochania będzie aktualne po latach? Że to, co się obieca komuś w miłosnym uniesieniu wciąż będzie możliwe do dotrzymania, kiedy uniesienie stoczy się w dolinę? Naiwnością byłoby w to wierzyć, a jednak miliony kobiet nakarmione Disneyem, królewną Śnieżką, Kopciuszkiem, księciem na białym koniu i opowieściami babć o małżeństwach zwieranych na zawsze i do końca życia – wierzą. Wierzą, bo chcą. Bo kto nie chciałby choć przez chwilę poczuć się bezpiecznie? Choćby na niby?

Moja babcia zawsze mówiła, że nie należy wymagać od życia zbyt wiele. Jej młodość przypadła na lata wojny, wiedziała co to głód, nie wywołany dietą odchudzającą. To prawdopodobnie podczas wojny wymagania spadają. Wystarczy rano otworzyć oczy, i ucieszyć się, że wciąż się żyje, choć spało się w kącie stodoły na resztce siana, razem ze szczurami. Cieszyć się, mimo że nie ma żadnych perspektyw na to, że kolejna noc będzie w łóżku. Prawdopodobnie nie liczyła też na ciepły posiłek w ciągu dnia i dobre słowo, pracując w gospodarstwie u starych Niemców, gdzie wywieźli ją zaraz na początku wojny na roboty. Prawdopodobnie cieszył ją po prostu fakt życia. Nawet po wojnie potrzebowała tak mało. Starą bułkę wkrawała do ciepłego mleka, sypała cukrem i cmokała z zachwytu, to jest dopiero jedzenie, wnusiu. Nigdy nie wyrzucaj chleba, powtarzała. Chleb jest święty.

Moja babcia Zosia... To ten typ, wyekstrahowane dobro, chodząca cierpliwość, anioł przy moim stole, potworność, nigdy taka nie będę. Zosia miała 13 lat, kiedy wioskowy głupek podłożył ogień pod ich rodzinny dom. Uratował się ojciec i szóstka dzieci, ale matka zginęła w pożarze. Zosia stała i patrzyła, tuląc młodsze rodzeństwo. Ojciec szalał, chciał wejść do środka, wyciągnąć żonę, ale sąsiedzi nie puścili, trzymali w trzech chłopa, za późno, już za późno, nie ma po co lecieć. Zosia słyszała, jak matka krzyczy, jak jej ból przebija się przez trzaskający ogień i walący się dach. A wioskowy głupek stał za drzewem, drżąc z podniecenia. Trzynastolatka z dnia na dzień została matką dwóch braci i trzech sióstr. Nie było młodzieńczego buntu, dorastania, ukradkowego całowania się z chłopcami, puszczania wianków w noc świętojańską. Zamiast tego prała, sprzątała, gotowała, wyprawiała do szkoły młodsze rodzeństwo, pomagała ojcu w polu, doiła krowy, karmiła kury. Trzymała wszystko w garści, bo ojciec po śmierci żony podupadł na zdrowiu, jak to mówiły baby we wsi. Zapadł się w sobie, skurczył, przestał chodzić do kościoła. Stracił Boga, wzdychały baby.

Prawdopodobnie miały rację, bo przed śmiercią wygonił księdza, który przyszedł z ostatnim namaszczeniem i zagroził rodzinie, że jeśli jakiś pajac w sukience pojawi się na jego pogrzebie, to będzie straszył ich do końca życia. Babcia Zosia przysięgała, że uszanowali ostatnią wolę zmarłego, ale ona i tak co wieczór odmawiała zdrowaśkę za jego duszę. Miało mu to pomóc w opuszczeniu czyśćca i wejściu do nieba, bo w to, że siedzi i smaży się w piekle, babcia nie wierzyła. Co to, to nie, mówiła, takiego numeru Bóg na pewno mu nie zrobił. Zawsze denerwowała mnie ta jej bezgraniczna, prosta wiara w dobroć i miłosierdzie Boga. Umiała wszystko wybaczyć, ja wybaczałam niewiele. To chyba jedna z tych cech, które decydują o tym, czy człowiek jest dobry.
Trwa ładowanie komentarzy...