O autorze
Aga - cierpi na galopadę myśli, zwłaszcza nocną. Radzi sobie, przerzucając te nieznośne bestie na papier, bo czasami wychodzi z tego coś ciekawego. Chce bawić, sporo zmyślać, trochę zmuszać do refleksji, czasem czerpać z historii – swoich i zaprzyjaźnionych. W „Kronice kobiet” będzie o emocjach, o relacjach, o życiu z bagażem poprzednich pokoleń - po prostu, bez recept i porad, ale za to z czułością i w odcinkach.

9. Miłość w czasach trudnych

9. Niepewność, niebezpieczeństwo, braki. W takich okoliczność na dziecko zdecydowała się moja babcia. Antoni tak bardzo chciał. Otworzymy małą piekarnię, mówił. Na dobre pieczywo zawsze będą chętni, nawet ci biedni. Przecież wszyscy muszą jeść chleb.

Antoni żonę wyjeździł sobie na rowerze. Ze wsi, w której mieszkał, pedałował codziennie 20 kilometrów w jedną stronę, żeby choć przejechać obok niej, czapką się ukłonić, zobaczyć, jak młodsza od niego o 10 lat Zosia krząta się po obejściu.

Jeśli będzie miał szczęście, będzie pielić kwiatki w ogródku, a może nawet podlewać. Wtedy on zaproponuje jej pomoc, wyciągnie kilka wiader wody ze studni, żeby sama nie musiała, Zosia była taka szczuplutka… Drobiażdżek taki. Jasne włosy, wielkie brązowe oczy, nie było chłopa, co by się za nią nie obejrzał.

W każdym od razu budziły się samcze instynkty, pomóc trzeba, zaopiekować się nią, sama nie poradzi, nie ma siły na pewno. Jej ojciec na brak pomocników w polu nie narzekał, zawsze byli chętni. Zwłaszcza, jeśli Zosia przyniosła w południe obiad. Panno Zosiu, jakie pyszne kartofelki, i kompocik w sam raz, nie słodki, jak panienka to robi, żeby tak idealnie gotować, no to tylko panna Zosieńka potrafi. Słuchała z uśmiechem, dolewała kompotu i odchodziła. Nie miała serca dla żadnego z nich. Nie miała do tego głowy. Nie miała czasu. Odmawiała zaproszeniom na tańce. Spacerom po niedzielnej mszy. Miała ojca, rodzeństwo i poczucie obowiązku. Jak miałaby ich zostawić? Potrzebowali jej.

Więc zdecydowała – żadnych chłopów. Tylko ten, co tak codziennie jeździł rowerem pod jej domem trochę rozluźniał to spięcie. Był wytrwały. Pół roku już tak jeździł, zawsze o tej samej porze, w każdą pogodę. I jeszcze ani razu nie odezwał. Tylko uśmiechał, czapkował, zawracał na końcu wsi i odjeżdżał.


Dzień dobry, gorąco dziś, zagadnęła go któregoś czerwcowego popołudnia. Mało nie spadł z roweru. Zatrzymał się, zmiął czapkę w garści, dzień dobry, bardzo gorąco. Może się pan napije? Kompot ugotowałam, zimny już, kwaskowaty, z truskawek i agrestu, w sam raz na upał. Stali tak, po dwóch stronach płotu i niezręczną ciszę zapijali różowym kompotem. Wreszcie wykrztusił, Antoni jestem. To skoro tak tu przejeżdżasz, może mógłbyś wyciągnąć mi ze studni parę wiader wody? Od tego dnia pojawiał się codziennie, żeby pomóc.

Drobiazgów mniejszych i większych były w gospodarstwie tysiące, a on szybki, robotny i dużo potrafił. Po miesiącu awansował na złotą rączkę. Dystans głowy rodziny topniał powoli, ale systematycznie, codziennie po trochu, nawet pochwalił, jak pięknie Antoni płot pomalował. Zosia zapraszała go na kolację, a on rwał się wtedy do pomocy w kuchni. Przeganiała go ścierką jak upierdliwą muchę, idź, usiądź, odpocznij. A jemu tak trudno było oderwać od niej oczy. Siadał na zydelku i patrzył. I był szczęśliwy.

W listopadzie był jeden dzień, kiedy nie przyjechał. Pierwszy raz od ponad roku. Zosia czekała. Wiatr był tak nieznośny, może zwiało go gdzieś do rowu po drodze? Tłukł w szyby ulewą, skrzypiał gałęziami łysych drzew, zosine oczy zaczęły łzawić od wpatrywania się w ciemność. Tej nocy nie spała, stała przy oknie. Rano wsiadła na rower i ruszyła do jego wsi. Wiedziała tylko, że za pracę w gospodarstwie sołtysa Antoni dostał pokój w przybudówce, wikt i opierunek, że jego rodzinę zabrała wojna, że jest sam na świecie jak palec, że to gdzieś tu musi być, koło skrzyżowania dróg. Znalazła go w małym pokoju, w małym domku, w wielkim sadzie sołtysa. Leżał w ubraniu pod starym kocem i trząsł się, rozpalony gorączką. Zosiu, jak dobrze, że jesteś.

Babcia twierdziła, że właśnie wtedy postanowiła, że będzie z nim już na zawsze. Wtedy, kiedy był chory i słaby, kiedy gorączka pustoszyła go i wycisnęła z niego całą energię, kiedy nie mógł zrobić dla niej nic – drobniutka dziewczyna, która miała na głowie starzejącego się ojca i rodzeństwo, postanowiła, że zaopiekuje się także nim, że od teraz będą razem do końca życia – jego lub jej. Koniec, kropka. A pamiętasz Antoś, jak chorowałeś pod tym dziurawym kocem u sołtysa, a ja pokochałam cię wtedy, kiedy w gorączce zobaczyłeś wiedźmę latającą na miotle po pokoju w esesmańskim mundurze i wołałeś Zosiu, Zosiu, na pomoc, pamiętasz, pytała i głaskała dziadka po ręku. Pamiętam, Sikorko, pamiętam, odpowiadał, mogłem wtedy nawet umrzeć, gdybyś nie przyjechała. Oj tam, co też gadasz, złego diabli nie wezmą! I śmiali się do łez, prowadząc ten sam dialog, słowo w słowo, w każdą z 67 rocznic ich ślubu.

cdn.
Trwa ładowanie komentarzy...