O autorze
Aga - cierpi na galopadę myśli, zwłaszcza nocną. Radzi sobie, przerzucając te nieznośne bestie na papier, bo czasami wychodzi z tego coś ciekawego. Chce bawić, sporo zmyślać, trochę zmuszać do refleksji, czasem czerpać z historii – swoich i zaprzyjaźnionych. W „Kronice kobiet” będzie o emocjach, o relacjach, o życiu z bagażem poprzednich pokoleń - po prostu, bez recept i porad, ale za to z czułością i w odcinkach.

11. Bliźniaki

pinterest.com
11. Lekarz załamał ręce, kiedy podczas badania wyraźnie usłyszał dwa pulsy. Dwa maleńkie serduszka, pulsujące w jednakowym rytmie. Mam nadzieję, że przeżyje pani poród, z takimi biodrami to byłby cud. I niech pani więcej je, pani musi przybrać na wadze, inaczej koniec, wywiozą panią z porodówki nogami do przodu. I niech odpoczywa, pracować nie powinna. Zosia tylko wysunęła podbródek do przodu i zapewniła, że to on pierwszy kofajtnie, a nie ona.

Więcej jeść, łatwo powiedzieć. Ale to trzeba mieć co jeść. Ich mała piekarnia, na przedmieściach górniczego miasta, do którego przenieśli się po ślubie, była niczym wampir. Wysysała z nich całą krew i energię, w zamian dawała tylko strach o to, czy jutro nowy ustrój ich nie zlikwiduje. Antoni wychodził z domu do piekarni o północy i stal przy piecach całą noc, żeby rano Zosia mogła sprzedać żonom górników ciepłe jeszcze bułki i chleb. Do domu wracał w południe i kładł się spać, zaraz po nim wracała Zosia, bo towar schodził szybko, zbyt szybko. Czasem nie spał, bo trzeba było załatwić mąkę, albo wcisnąć cieniuchną kopertę w łapę działaczom walczącym z „zarazą prywaciarstwa”. Wieczorem Antoni naprawiał buty – sąsiadom i znajomym sąsiadów i wszystkim po kolei, którzy dowiedzieli się, że ten piekarz z Gliwickiej potrafi wymienić każdą zelówkę i zszyć każdą dziurę w trzewikach.

Brzuch Zosi rósł, był większy niż ona sama, za ladą stał już tylko on, chybocząc się na wiotkich zosinych nóżkach. Ruszała się ostrożnie, coraz wolniej ściągała chleb z półek, a kolejka syczała, szybciej, bo stary na szychtę się spóźni. Kiedyś zemdlała przy tej niecierpliwej kolejce, to był ósmy miesiąc. Przecież mówiłem, że ma pani przytyć i leżeć, nakrzyczał na nią lekarz, chce pani zabić siebie i dzieci? To przez duchotę, odparła, tym razem z drżącym podbródkiem. Zostaje pani w szpitalu, zarządził, i tak już pani przesadziła.

Dwa dni później, wcześniej niż to było zaplanowane, na świat przyszły bliźnięta. Łucja była pierwsza – zdrowa, różowiutka, drobna dziewczynka z czarnymi włosami. Po niej przyszedł Stefan, z fantazyjnie okręconą pępowiną wokół szyi. Ratowali go ponad dwie godziny, a potem zamknęli w szklanym pudelku. Zosia chciała siedzieć z małą Łucją przy piersi przy pudełku, nie spuszczać Stefana z oczu, ale nawrzeszczeli tylko na nią i przepędzili, kazali leżeć i opiekować się Łucją, bo z tym tutaj to jeszcze nic nie wiadomo. Piątego dnia kryzys minął i Stefan do niej wrócił. No, tak jak mówiłem, uśmiechnął się lekarz, tylko cud. Ma pani szczęście.


Stefan był taki malutki, jeszcze mniejszy niż Łucja. Nie umiał ssać piersi. Nie płakał. Jakby Łucja przejęła całą jego energię. Będzie dobrze, będzie dobrze, zaklinała Zosia rzeczywistość, tuląc do siebie bliźnięta, wszystko będzie dobrze. Antoni, będzie dobrze, prawda? No jasne, Sikoreczko moja, mamy dwa skarby, to jak ma być inaczej? Ale on już wiedział, że może być różnie. Lekarz ostrzegł – niech pan zabiera rodzinę ze Śląska, tu nie ma czym oddychać. Mały potrzebuje świeżego, czystego powietrza. Jest zbyt słaby, żeby tu przeżyć. Uciekajcie stąd jak najszybciej.
Trwa ładowanie komentarzy...